Rozdział 12. Wszystko musi się zmienić ale jak to zrobić?

W czasach mojej młodości z zapałem czytywało się nowele zapomnianego już dziś pisarza, Maxa Eyth’a. Był on z zawodu inżynierem i materiał do swojej literackiej twórczości czerpał przede wszystkim ze świata techniki, który wtedy właśnie zaczynał się rozwijać. Jedna z nowel nosiła tytuł “Tragizm zawodu”. Są to dzieje młodego inżyniera, który pewnego dnia osobliwym zbiegiem okoliczności otrzymuje wielkie zamówienie. Ma zbudować most na rzece, która w wyznaczonym miejscu jest już szersza niż odnoga morska. Zadanie jest bardzo trudne, bo most musi wytrzymać napór przypływu i odpływu. A na początku ery techniki nie dysponowano jeszcze takimi środkami, jak dziś. Więc ten młody człowiek zabiera się do budowania tego ogromnego mostu, kończy go, bierze udział w uroczystym poświęceniu i otwarciu. Gra muzyka, powiewają flagi, kręcą się dziennikarze, ważne osobistości odbywają pierwszą jazdę pociągiem przez most. Młody inżynier znajduje się w centrum zainteresowania, wszystkie gazety o nim piszą. Stał się sławnym człowiekiem. Otwiera w Londynie ogromne biuro projektów, żeni się z bogatą panną. Ma wszystko, czego tylko można pragnąć. W życiu jego istnieje jednak mroczna tajemnica, o której wie tylko żona. Otóż każdej jesieni inżynier znika z Londynu i jedzie do swojego mostu. W burzliwe deszczowe noce stoi owinięty w płaszcz nieopodal mostu i drży z trwogi. Całym sobą czuje nacisk wichru i burzy na przęsła swojego mostu. Stoi i wciąż na nowo sprawdza swoje obliczenia, chcąc się upewnić, że zbudował wystarczająco mocne przęsła, że wytrzymają one szalejącą wichurę. Gdy okres burz mija, inżynier pojawia się znowu w Londynie. Znowu jest wielkim człowiekiem odgrywającym znaczącą rolę w życiu miasta. Nikt nie może po nim poznać, że trawi go ustawiczny niepokój: “Czy most jest zbudowany prawidłowo? Czy jest wystarczająco mocny?”. Te dręczące pytania stanowią mroczną tajemnicę jego życia. Max Eyth wstrząsająco opisuje scenę kolejnej warty inżyniera przy moście. Szaleje burza. Inżynier z lękiem obserwuje most i widzi wjeżdżający pociąg. Wagony przesuwają się powoli, teraz widać już tylne światła ostatniego wagonu. I nagle te światła znikają! Młody człowiek wie, że pociąg runął w huczące fale. Burza przełamała most na pół.
Pierwszy raz czytałem tę historię, będąc młodym chłopcem i przyszła mi wtedy do głowy taka myśl: czyż nie jest to historia każdego z nas? Wszyscy budujemy swoje życie, budujemy most życia. I niekiedy, podczas bezsennej nocy albo w momencie gdy coś nas głęboko poruszyło stawiamy sobie pełne troski pytanie: “Czy dobrze zbudowałem most mojego życia? Czy wytrzyma wszystkie burze życiowe?”. I wtedy uświadamiamy sobie jasno, że nie wszystko jest tak, jak być powinno! Most naszego życia niezupełnie jest w porządku! I to jest ta pierwsza rzecz, na którą chcę zwrócić waszą uwagę:

1. NIE WSZYSTKO JEST TAK, JAK BYĆ POWINNO

Będąc pastorem w dużym mieście, zaczepiałem wielu ludzi, pytając: “Niech mi pan powie, czy w pańskim życiu wszystko jest tak, jak być powinno?”. Nigdy jeszcze nie spotkałem człowieka, który by w końcu nie przyznał, że nie, że wiele powinno się zmienić. Oczywiście, nie mogę powiedzieć, w którym miejscu wasz most ma słabe punkty. Ale każdy z was sam wie, że wiele powinno by się zmienić. Od czasu do czasu postanawiamy: muszę się poprawić. Zmienię w swoim życiu to czy tamto! Ale powiedzcie sami: czy naprawdę sądzicie, że człowiek może się zmienić? Nie. Nie może tego dokonać sam, własnymi siłami. Biblia mówi z brutalną szczerością: “Czy Murzyn może odmienić swoją skórę a pantera swoje pręgi? A czy wy, przywykli do złego, możecie dobrze czynić?”.
Na świecie pełno jest umoralniających przemówień i moralnych postanowień, ale żaden człowiek nie może sam siebie zmienić. Jest to surowe stwierdzenie. Obracając się wśród ludzi, często jestem głęboko wstrząśnięty czując, że oni wiedzą dobrze, jak dalece ich życie jest nie w porządku. Pytają: “Co mamy zrobić? Nie możemy się zmienić!”. I tak to jest: człowiek bezwstydny nie może sam sobie sprawić czystego serca. Kłamca nie może stać się prawdomówny. Samolub nie stanie się nagle bezinteresowny; może wprawdzie udawać miłość, ale pozo-staje w gruncie rzeczy egoistą. A człowiek nieuczciwy nie może własnym wysiłkiem przestać nim być. Ba, gdybym was znał i mógł wam powiedzieć, w którym miejscu most waszego życia grozi zawaleniem! Bóg może wam to pokazać!
Prawda ukazywana przez Biblię jest wstrząsająca. Ja przecież nie roztaczam przed wami moich własnych myśli. Ja zwiastuję wam to, co mówi Słowo Boże. A Biblia, widzicie, przynosi niesłychaną, dech w piersiach zapierającą Nowinę: żywy Bóg posłał na świat Tego, który może odmienić nas i nasze życie. Ten Ktoś, to Jego Syn, Pan Jezus!

2. WSZYSTKO MOŻE SIĘ ZMIENIĆ!

Moi przyjaciele, nie wiem, czy jest to winą Kościoła, że ludzie uważają chrześcijaństwo za nudną sprawę. Moim zdaniem Nowina, że Bóg posłał na świat swego Syna, Jezusa, jako jedyną szansę dla nas, jest Nowiną zapierającą dech w piersi. Ten Jezus wyrzekł niesłychane słowa: “Oto wszystko nowym czynię”! On, i tylko On, może zmienić ludzi. Widziałem pijaków, którzy zostali wyzwoleni z nałogu. Widziałem stare kobiety zadręczające wszystkich wokoło w swoim egoizmie, jak dostąpiły przemiany i zaczęły dostrzegać innych ludzi. Widziałem mężczyzn uwolnionych z pęt rozpusty. Jezus zmienia! Jezus przychodzi i wszystko staje się nowe. To nie są bajki. Mógłbym wam przytoczyć niezliczone przykłady. I dlatego my, którzy wiemy, że mosty naszego życia nie są w porządku, dlatego my potrzebujemy tego Zbawiciela. Potrzebujemy Pana Jezusa – nie CHRZEŚCIJAŃSTWA, ale CHRYSTUSA. Zrozumcie, że nie potrzebujemy religii, dogmatów, kościelnego życia, ale potrzebujemy żywego Zbawiciela. I On jest! Możecie wezwać Go dziś jeszcze i opowiedzieć Mu całą nędzę i smutek waszego życia. To jest wielkie zwiastowanie, które wam przekazuję.
Pozwólcie, że posłużę się tu przenośnią, abyście lepiej zrozumieli, co mam na myśli. Niedawno spędziłem tydzień w Monachium. Do najpiękniejszych miejsc w tym mieście należy ogromny park w samym centrum, noszący miano Ogrodu Angielskiego. Mój hotel znajdował się w pobliżu, więc codziennie rano chodziłem tam na spacer. Przy wejściu był drewniany mostek nad strumykiem. Po lewej stronie woda gwałtownie przelewała się przez małą tamę. I w tym właśnie miejscu zobaczyłem któregoś dnia tańczący na wodzie kawał drewna. Miałem trochę czasu, więc stanąłem i obserwowałem, jak kręci się wciąż w kółko na tym samym miejscu. Chwilami zdawało się, że już porwie go prąd i uniesie w dalszą drogę, ale wir okazywał się silniejszy. Następnego dnia mój kawał drewna kręcił się nadal, robiąc wrażenie, że usiłuje dostać się we władzę żywo płynącego prądu. Zawsze jednak zwyciężał wir. Możecie to sobie wyobrazić? Prąd płynął tuż obok, ale drewno kręciło się wciąż w tym samym miejscu!
I takie jest życie większości ludzi. Poruszają się oni wciąż w tym samym kręgu starych grzechów, nieszczęść, bezbożności, mając w sercu wciąż tę samą rozpacz. Wciąż ten sam kierat codzienności, wciąż ten sam wir. A obok płynie żywy prąd pochodzący od Syna Bożego, Jezusa. Ten Jezus umarł za nas na Krzyżu. Czy nie sądzicie, że to coś znaczy (nawet jeśli tego jeszcze nie rozumiecie), gdy Bóg każe swemu Synowi umrzeć tak okrutną śmiercią? Popatrzcie na Niego oczyma duszy: On tam zbawił również mnie! To musi przecież coś znaczyć! Nie możecie przejść obok tego obojętnie! Musicie postarać się zrozumieć! A później, trzeciego dnia, Bóg wskrzesił Jezusa z martwych. Od Jezusa płynie prąd, który może nas zbawić. Ale my jesteśmy jak ten kawał drewna w Ogrodzie Angielskim. Kręcimy się wciąż w kółko. Stojąc nad strumykiem, myślałem sobie, że wystarczyłoby jedno pchnięcie, aby drewno dostało się w nurt wody. Nie chciałem jednak wpaść do wody, a z mostku było za daleko.
My jednak nie jesteśmy kawałkami drewna. Możemy i musimy sami zrobić ten jeden krok, który nas przeniesie z wiecznie kręcącego nami wiru w ożywczy prąd zbawienia płynący od Jezusa. A gdy to zrobimy, przekonamy się, że przeciągnął nas sam Bóg. Są ludzie, którzy wyraźnie czują, jak Bóg ciągnie ich do siebie. Czują to w sercu swoim.

3. TAK ALBO TAK

Chciałbym wam wytłumaczyć to na przykładzie paru biblijnych historii. Apostoł Paweł przebywał w więzieniu w Cezarei, gdzie znajdowała się siedziba rzymskiego namiestnika. Po Feliksie nastał nowy namiestnik, imieniem Festus. Pewnego dnia przybył do niego w odwiedziny król Agryppa z żoną Bereniką. Słyszeli oni o interesującym więźniu imieniem Paweł i wyrazili życzenie przesłuchania go. Zaaranżowano więc wielki proces pokazowy interesującego więźnia Pawła. Przybyli czołowi przedstawiciele wojska, politycy i wyżsi urzędnicy. Festus, Agryppa i Berenika zajęli miejsca na specjalnie wybudowanych tronach. Rzymscy legioniści zaciągnęli wartę. Jednym słowem, wielka pompa. Wprowadzono oskarżonego, Pawła. I nagle, już po paru minutach, sceneria ulega zmianie. Nagle nie Paweł jest oskarżonym, ale wszyscy pozostali. Paweł wygłasza pełną mocy mowę ewangelizacyjną, w której opowiada słuchaczom, kim jest Jezus. Nie mówił wtedy wiele o ich grzechach, ale odmalował przed ich oczami obraz Jezusa, który po-wiedział: “Jeśli kto pragnie, niech przyjdzie do mnie i pije”. Wy, którzy jesteście tak spragnieni i głodni życia, wy, których sumienia są obciążone, wy tęskniący do Boga i bojący się śmierci – słuchajcie: Jezus wyciąga ręce i mówi: “Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni…” Tak mówił Paweł, opisując im wielkość Jezusa, którego spotkał osobiście. A gdy skończył mówić, namiestnik Festus oświadczył: wspaniale przemawiasz, Pawle, ale uważam, że to co mówisz, jest nieco szalone. Ponosi cię temperament! Festus nic więc nie zrozumiał. Biblia mówi o niektórych ludziach, że “serce ich jest nie czułe jak tłuszcz”. Serca obrosłe sadłem. Tak bywa i wtedy wszystko po nich spływa bez śladu. Być może wśród was są też ludzie, których serca są jak tłuszcz… Takim człowiekiem był pan Fe-stus. Jednakże król Agryppa był wstrząśnięty. I powiedział, coś, co mnie strasznie poruszyło: “Niedługo, a przekonasz mnie, bym został chrześcijaninem”. “Niedługo…” – powiedział i poszedł sobie. I wszystko zostało po staremu. Jak ten kawał drewna w Ogrodzie Angielskim, tak my kręcimy się wciąż po tym samym torze, gnani przez wir w kółko, nie mogąc wyrwać się z dawnego życia – aż do śmierci, prosto do piekła. Zawsze ta sama stara piosenka o grzechu i samousprawiedliwianiu. Czy u was też wszystko pozostaje po staremu? W takim razie Jezus daremnie umarł za was. I na nic się nie przydało, że dla was zmartwychwstał. Nie macie w takim razie odpuszczenia grzechów, nie jesteście wolni, nie macie pokoju z Bogiem. A brakuje tylko tego jednego kroku: “Niedługo, a przekonasz mnie, bym został chrześcijaninem!”. Wstrząsające: ludzie, którzy są chrześcijanami, ale nie są dziećmi Bożymi, ludzie, którzy są chrześcijanami, a kroczą ku zgubie, ludzie, którzy są chrześcijanami, a nie ma w nich pokoju.
A teraz chcę wam pokazać coś wręcz przeciwnego. Apostoł Paweł przybył pewnego dnia do europejskiego miasta, Filippi. Było tam wszystko – lokale rozrywkowe, teatr i inne urządzenia, które posiada każde przyzwoite miasto. A ponieważ do wyposażenia przyzwoitego miasta należy również więzienie, więc więzienie było tam także. Zarządzał nim były oficer wojsk rzymskich, który być może otrzymał to spokojne stanowisko z powodu jakichś starych ran odniesionych w służbie. Pewnego dnia ten stróż więzienny, jak nazywa go Biblia, widzi, że przyprowadzają mu dwóch nowych więźniów. Nigdy jeszcze takich nie widział: to apostoł Paweł i jego towarzysz – Sylas. Głosili oni Ewangelię w mieście, co bardzo poruszyło lud, więc pretorzy kazali ich wychłostać i wsadzić do więzienia. Paweł i Sylas zostali przekazani stróżowi więziennemu, który dostał rozkaz, aby ich do jutra dobrze zamknął i dobrze pilnował. A stróż więzienny, na wskroś żołnierska natura, powiedział: “Dobrze zamknąć, dobrze pilnować!
Tak jest!”. I wtrącił ich do wewnętrznego lochu, gdzie po ścianach spływała woda. A na wszelki wypadek nogi ich zakuł w dyby. Jeżeli spytacie mnie, jaką religię wyznawał ten człowiek, to odpowiem, że taką, jaką wyznaje większość z was. Wierzył w jakiegoś pana boga, a może w kilku panów bogów. W Rzymie istniało wiele religii, których nikt nie brał poważnie. Jak u nas! Wyobrażacie więc sobie tego stróża więziennego? A jednak przydarzyło mu się coś wielce osobliwego. Takich rzeczy nie można sobie wytłumaczyć całkowicie. Około północy Paweł zaczął śpiewać pieśń wielbiącą Jezusa. Sądzę, że potrzebował czasu aż do północy, by uporać się z myślą, że został tak niesprawiedliwie potraktowany, bity i zakuty w dyby. Mężczyzna nie może tak łatwo pogodzić się z takimi rzeczami. A potem nagle pomyślał: “Jezus, Syn Boży, odkupił mnie swoją krwią – jestem dzieckiem Bożym. Mam pokój z Bogiem. Tu również jestem w Jego ręku!”. I zaczął śpiewać pieśń pochwalną, a Sylas mu wtórował. Coś wspaniałego! Wszyscy więźniowie przysłuchiwali się im. Czegoś podobnego nigdy jeszcze nie słyszano w tym więzieniu. Moi drodzy, siedziałem w gestapowskich więzieniach. Rozlegały się tam przekleństwa, jęki rozpaczy i wrzaski strażników. Kiedy zacząłem raz śpiewać pieśń pochwalną, natychmiast zabroniono mi tego. Najwido-czniej wiedziano już, że niebezpiecznie jest pozwolić, by człowiek śpiewał na chwałę Bogu. Ale w czasach pierwszych apostołów jeszcze tego nie wiedziano, więc Paweł i Sylas spokojnie śpiewali. Musiało to zdziwić więziennego stróża. Zaczął nasłuchiwać i usłyszał, że śpiewają o Bogu – tu, w więzieniu? W tym lochu, gdzie człowiekowi odechciewa się wszystkiego? W końcu stróż poszedł spać. I wtedy nagle powstało wielkie trzęsienie ziemi. Bóg je zesłał. Wszystkie drzwi więzienia stanęły otworem, a z więźniów spadły więzy. Stróż wyskoczył z łóżka, narzucił coś na siebie i wybiegł. Widząc otwarte drzwi, pewny był, że wszyscy więźniowie uciekli. “Jestem skończony!” – i pomyślał i chciał się zabić. I nagle usłyszał z dołu głos Pawła: “Nie czyń sobie nic złego, bo jesteśmy tu wszyscy!”. Biblia nie mówi o wewnętrznych przeżyciach ludzi. Ale możemy so-bie wyobrazić, że ten stróż nagle pojął: “Żywy Bóg istnieje i przyznaje się do swoich sług! Żywy Bóg istnieje, a ja bluźniłem przeciw niemu całą moją istotą! Żywy Bóg nie może zgodzić się na mnie. Żywy Bóg zna wszystkie moje grzechy, cały brud mojego życia! Żywy Bóg istnieje, a więc jestem zgubiony!”. Wbiegł stróż do celi Pawła i zawołał: “Panowie, co mam czynić, abym był zbawiony?”. Poczuł w tym momencie, że żyje w wirze, który kręci nim w kółko i nie daje odejść od starego życia. I stróż zadaje najważniejsze dla niego w tej chwili pytanie: co mam zrobić, aby porwał mnie zbawczy prąd? Nie chcę być podobny do tego drewna w Ogrodzie Angielskim. W odpowiedzi na to pytanie wygłosilibyśmy być może wielkie kazanie, wykład na temat moralności. A może powiedzielibyśmy: “Najpierw nas stąd wypuść!”. Jednakże Paweł powiedział tylko jedno zdanie: “Uwierz w Pana Jezusa, a będziesz zbawiony, ty i twój dom”. Musisz mieć Jezusa! Stróż więzienny niewiele o Nim wiedział. Słyszał tylko, że ten Jezus ratuje przed gniewem Bożym, przed piekłem, przed dawnym życiem. Rozumiecie – w tym momencie ten człowiek został popchnięty, wypchnięty ze swojego dawnego życia w prąd niosący zbawienie. Stał się własnością Jezusa. Dalej czytamy jeszcze cudowne opowiadanie o tym, jak wyprowadził Pawła z więzienia, jak Paweł opowiedział mu o Jezusie i jak jeszcze tej nocy stróż został ochrzczo-ny, by stać się własnością Jezusa. Historia ta kończy się słowami: “…i weselił się wraz z całym swoim domem, że uwierzył w Boga”. Teraz unosił go strumień życia! Teraz otrzymał pokój z Bogiem!
Jeden człowiek powiedział: “Niedługo, a przekonasz mnie…” Drugi dał się porwać przez strumień unoszący do zbawienia. A jak będzie z wami?

4. POTRAKTUJCIE JEZUSA POWAŻNIE!

“Wszystko musi się zmienić – ale jak to zrobić?” – Przede wszystkim ważne jest, abyście poznali Jezusa! Było to zaraz po wojnie. Zatelefonował do mnie dyrektor gimnazjum: “Panie pastorze, mam u siebie 15 młodych ludzi, którzy zrobili maturę wojenną, ale ona nie jest ważna. Ci chłopcy muszą się jeszcze przez pół roku uczyć. Są między nimi porucznicy lotnictwa, artylerii i inne takie typy. Oczywiście wściekają się, że mają raz jeszcze usiąść w szkolnych ławkach. Czy zechce pan udzielać im lekcji religii?”. Cóż – zgodziłem się. Z trwogą i drżeniem poszedłem na pierwszą lekcję. Siedzieli tam w swoich niekompletnych mundurach, posiwiali w bojach wojownicy. “Dzień dobry! – powiedziałem – Będę was uczył religii.” Jeszcze nie skończyłem mówić, a już jeden z nich wstał i wybuchnął: “Jak Bóg może dopuścić do takiej straszliwej wojny?!”. I zaraz włączył się drugi: “Gdzież jest miłość Boża? Bóg milczał, gdy miliony Żydów szły do gazu!”. I tak dalej. Ostrzeliwali mnie pytaniami ze wszystkich stron. Wreszcie podniosłem rękę i powiedziałem: “Chwileczkę! Błądzicie, jak niewidomy we mgle. Takie mówienie o Bogu nie ma sensu! Przecież Bóg jest całkowicie nam nieznany i ukryty. Objawił się tylko raz – w Jezusie. I zanim pójdziemy dalej, musimy najpierw dowiedzieć się Kim jest Jezus. Moi panowie, zanim zaczniemy dyskutować, musicie przyjąć do wiadomości Objawienie Boże. Proszę, żeby każdy z was przyniósł na następną lekcję swoją Biblię.”
Zaczęliśmy czytać: “Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię”. Przeczytaliśmy o upadku w grzech i o Sądzie Bożym nad upadłą ludzkością. Na wszystkich zrobiło głębokie wrażenie, że człowiek musi przekonać się, jak wiele cierpień sprowadza odejście od Boga. Doświadczają tego narody, doświadczają jednostki. A potem czytaliśmy o Jezusie. Jednym tchem przeczytaliśmy o Jego śmierci i zmartwychwstaniu. Nigdy nie zapomnę tej chwili, w której jeden z młodych ludzi czytał, a inni słuchali – nagle zapanowała zupełna cisza. Wielkie czyny Boże w Jezusie zaparły nam dech w piersiach. Młodzi ludzie byli tak poruszeni, że odeszła im ochota do prowadzenia głupich dyskusji. Nazywali siebie chrześcijanami, a nie mieli pojęcia o żywym Bogu, który przyszedł do nas w Jezusie i wszystko dla nas uczynił. Potraktujcie poważnie tego Jezusa i Jego zaproszenie!
Jezus opowiedział kiedyś taką historię. Pewien król wyprawił swemu synowi wesele. Wysłał sługi, aby zaprosili gości, mówiąc:  “Wszystko jest gotowe, pójdźcie na wesele”. Ale goście zaczęli się wymawiać. Jeden powiedział, że chętnie by przyszedł, ale właśnie otworzył sklep i musi go doglądać. – Rozumiecie, ludzie mówią: pan jest pastorem, to co innego. Kupiec nie może tak postępować! – Drugi gość podziękował za zaproszenie, ale nie mógł przyjść, bo właśnie się ożenił – w miodowym miesiącu nie można zajmować się postronnymi sprawami. I tak nikt nie przyszedł. Próbowałem wyobrazić sobie, jak ci ludzie żyli potem, myśląc, że powinni byli pójść na to wesele królewskiego syna, ale coś tam stanęło im na przeszkodzie. Tak dzieje się z większością ludzi. I z wami – właściwie powinienem być dzieckiem Bożym, ale… ale nie doszedłem do tego, bo… Tak! Bo… Ach, proszę was: przyjmijcie w wierze Jezusa!
Wielu ludzi mówi: ja też w coś wierzę. W co wszystko wierzyli Niemcy za czasów Trzeciej Rzeszy: w führera, w Niemcy, w ostateczne zwycięstwo, w “cudowną broń” itd. Wierzyliśmy już we wszystko możliwe. Ale nie wystarczy mieć wiarę. Trzeba mieć pokój z Bogiem. A to mogę otrzymać tylko przez Jezusa. A teraz chcę wam powiedzieć, co to jest wiara. Wytłumaczę to na przykładzie paru historii.
Jako młody pastor krążyłem z wizytami od domu do domu w okropnej dzielnicy. Ludzie zatrzaskiwali mi drzwi przed nosem, mówiąc: “Nic nie kupujemy!”. A kiedy udało mi się wstawić nogę i przytrzymać drzwi, mówiąc: “Ja nie chcę nic sprzedać, chcę wam coś ofiarować! Jestem pastorem” – odpowiadali: “Nie potrzeba nam tu klechy!”. Pewnego dnia wszedłem z ulicy prosto do kuchni, która była zarazem pokojem mieszkalnym. Zastałem tam młodego człowieka, który chodził tam i z powrotem bardzo zdenerwowany. “Dzień dobry! – powiadam – Jestem ewangelickim pastorem.” Przystanął i krzyknął: “Co? Klecha? Tego mi jeszcze brakowało! Tylko tego mi jeszcze brakowało! Niech się pan wynosi! Nie wierzę już w nic, straciłem wiarę w ludzkość!” Musiał widocznie przeżyć coś złego. Powiedziałem: “Młody człowieku, pójdź w moje ramiona! Ja również straciłem wiarę w ludzkość! Doskonale do siebie pasujemy!” “Jak to? – zdumiał się – Jako pastor musi pan przecież wierzyć w ludzkość!”
“Muszę? – spytałem. Bardzo mi przykro, ale nie wierzę. Byłem na wojnie. Jak myślę o tym całym plugastwie, o tych brudach, o tym jak każdy utopiłby każdego w łyżce wody – nie, dziękuję! Moja wiara w ludzkość rozleciała się w strzępy!” “No, dobrze – zgodził się – ale w takim razie nie rozumiem, dlaczego jest pan pastorem?” “O! Dlatego, że mam teraz nową wiarę, która nie rozleci się w strzępy.” “Ha! Chciałbym wiedzieć, co to może być za wiara!” I wtedy mogłem opowiedzieć mu o Ewangelii i o wielkim zaufaniu do Jezusa, który przyszedł na ten świat jako nasza jedyna szansa. Bardzo się zdziwił: “Jezus? Chrześcijaństwo? Myślałem, że to już dawno skończona sprawa!”. Wyjaśniłem mu, że ta sprawa teraz dopiero na dobre się zaczyna, kiedy wszystko inne, w co się wierzyło, przepadło. Pragnąłbym, abyście odrzucili swoje fałszywe wiary i zaufali Jezusowi.
Zaraz po wojnie zdobyłem starego opla, aby móc się swobodnie poruszać po kraju. Był to szałowy model! Kiedy pierwszy raz dojechałem z wielkim klekotem do przyjaciół, zawołali: “Ratunku! Pastor prowadzi samochód! Musimy zabezpieczyć wszystkie drzewa!”. Zapytałem zły: “Myślicie, że nie umiem prowadzić samochodu?”. “Ależ tak, masz przecież prawo jazdy!” “No to wsiadajcie!” Ale mój przyjaciel odpowiedział, że woli nie, bo nie napisał jeszcze testamentu. Na to nadeszła moja żona. “Żono, wsia-daj!” – zawołałem. I ona wsiadła. Bez wahania. Żyje do dzisiaj. W momencie gdy porzuciła bezpieczny grunt pod nogami i wsiadła – powierzyła mi swoje życie. I wy zróbcie to samo w stosunku do Jezusa – powierzcie Mu bez wahania swoje życie.
Czytałem niedawno wstrząsającą relację z czasów drugiej wojny światowej. W kotle pod Stalingradem wylądował ostatni niemiecki samolot. Kocioł był ze wszystkich stron zamknięty przez wojska rosyjskie. Do samolotu ładowano rannych. Był już przepełniony, a wciąż jeszcze napływali nowi żołnierze – ciężko i lekko ranni, na pół zamarznięci. Wszyscy chcą polecieć. Ale nie ma już miejsca, więc ludzie uwieszają się na zewnątrz, łapiąc za każdy występ. Maszyna idzie w górę. Kiedy wylądowała nie było już nikogo z wiszących.  Zwiał ich wicher, nie wytrzymały zdrętwiałe ręce. Ocaleli tylko ci, którzy byli w środku. Pomyślałem sobie czytając, że takim samolotem ratunkowym jest Ewangelia o Synu Bożym, Jezusie, który za nas umarł i zmartwychwstał. Ten samolot może nas uratować z kotła zguby. I jest w nim dosyć miejsca dla wszystkich. Ale iluż ludzi nie zajmuje miejsca w środku, nie wsiada, tylko wisi gdzieś na zewnątrz! Na Boże Narodzenie idzie się do kościoła. Jest się wprawdzie ochrzczonym, ale wierzy się we wszystko możliwe. A kiedy się umarło, pastor musi potwierdzić, że było się dobrym człowiekiem. Rozumiecie – to są ci, którzy wiszą na zewnątrz. I możecie być pewni, że ich zwieje. Uratują się tylko ci, którzy są wewnątrz. Czy jesteście wewnątrz? Piekło pełne będzie kiedyś ludzi, którzy dowiedzieli się o Jezusie, ale nie wsiedli do Jego samolotu. Zrozumcie, że wierzyć w Jezusa, to znaczy powierzyć Mu życie. Zróbcie to! On jest jedynym, któremu można bez zastrzeżeń zawierzyć.
Na zakończenie chciałbym wam raz jeszcze postawić przed oczyma krzyż Jezusa. Przyjdźcie razem ze mną na wzgórze zwane Golgotą, przed bramami Jerozolimy. Wyobraźcie sobie, że tam jesteście. Syn Boży wisi tam na krzyżu. Tu, pod tym krzyżem, jest jedyne miejsce na całym świecie, gdzie człowiek może znaleźć odpuszczenie grzechów, gdzie wszystko może się zmienić! W Lubece jest przepiękny stary kościół, katedra, w której znajduje się obraz ołtarzowy przedstawiający ukrzyżowanie Jezusa. Namalował go Hans Memling w XV wieku. Kiedy w 1942 roku kościół palił się po nalocie bombowym, jakiś nieznany żołnierz z kilkoma przyjaciółmi wpadł do kościoła, by z narażeniem życia uratować ten obraz. Wkrótce po wojnie miałem w Lubece odczyty i pewnego dnia dyrektor muzeum sztuki powiedział mi: “U nas w piwnicy stoi ten słynny Memling. Jeżeli chce pan go zobaczyć, to chętnie go pokażę”. Oczywiście skorzystałem z okazji. Zeszliśmy do piwnicy – dyrektor, mój przyjaciel i ja. Cudowny obraz! Żołnierze na koniach, trzymający włócznie, żołdacy grający w kości, barwny tłum, płaczące kobiety, szydzący faryzeusze. A nad tym wszystkim wznoszą się trzy krzyże.
Przyglądając się zauważyłem coś dziwnego: mimo tłoczącego się tłumu, pod krzyżem Jezusa było jedno puste miejsce, wolny kawałek murawy. “Osobliwe, – powiedziałem – że mimo takiego tłoku, tuż pod krzyżem Jezusa jest jedno puste miejsce. Co też Hans Memling chciał przez to powiedzieć?” Ci średniowieczni malarze zawsze coś chcieli w swoich obrazach wyrazić, w pewnym sensie byli ekspresjonistami. A na to odezwał się mój przyjaciel: “Sądzę, że chciał powiedzieć: tu, pod krzyżem Jezusa jest wolne miejsce. Możesz na nim stanąć”. Często myślę o tym obrazie. “Tu, pod Chrystusa krzyżem, śmierć traci żądło swe, w ochronie błogiej Pańskich ran, ratunek czeka mnie; tu Pan z niezmiernej łaski swej łotrowi niebo dał; rozpięte Jego ręce nam wskazują wieczny dział.” Tak, cieszę się, że pod krzyżem Jezusa, Syna Bożego, jest dla mnie wolne miejsce. Dla was to miejsce również jest wolne! Czy ma na wieki wieczne pozostać puste?